Znaczenie pierwszych doświadczeń dla religijnego wychowania małego dziecka w rodzinie, Lublin: TN KUL. Wilk J. 1994. Rodzina jako podstawowe środowisko wychowawcze w świetle doktryny Kościoła katolickiego, [w:] I. Jundziłł (red.), Wychowanie w rodzinie od starożytności po wiek XX, Bydgoszcz. Wilk J. 2002. Wtrącanie się osób postronnych, w tym także dziadków, w wychowanie naszych dzieci, jest jedną z rzeczy, która szalenie irytuje młodych rodziców. Niewielu z nas potrafi powiedzieć: „dziękuję, masz rację i więcej doświadczenia, skorzystam z tej rady” - i nic w tym dziwnego, bo często zwyczajnie nie zgadzamy się ze zdaniem Nie przejmujcie się, że może to głupio będzie wyglądało skoro rodzice mieszkają w tym samym mieście. A jeśli do tego macie w niedalekiej perspektywie małżeństwo to bardzo polecamy takie rozwiązanie choćby na kilka miesięcy przed ślubem, zwłaszcza jeśli do tego nigdy nie mieszkaliście bez rodziców. W wychowaniu dzieci ważne jest, by rodzice mówili jednym głosem. Jednak co, jeśli to niemożliwe? W liście do redakcji pani Bożena pisze, że jej zdaniem, ojciec dzieci, który nie współpracuje "mąci im w głowach", a wychowanie to "syzyfowa praca", dlatego samotne matki mają łatwiej. Zgadzacie się? . Każda mama pragnie jak najlepiej dla swojego dziecka. Kiedy pojawia się ono na świecie, życie często wywraca się do góry nogami. Kobieta musi nauczyć się spełniać w nowej roli. Roli mamy. Nie jest to łatwe, gdy dookoła pojawia się wiele głosów, mówiących Ci jak masz wychowywać swoje dziecko. Chociaż rodzina chce tylko pomóc i doradzić, nie zawsze przynosi to zamierzony skutek. Teściowa wie lepiej Otrzymaliśmy wiadomość, w której Patrycja, mama rocznego Stasia, opowiedziała nam o swoim problemie. Odkąd jej synek pojawił się na świecie, relacje z teściową drastycznie się pogorszyły. Wychowuję 12-miesięcznego synka i czuję się świetnie w roli mamy. Mój mąż jest wspaniałym ojcem. Tworzymy bardzo zgraną rodzinkę i wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie fakt, że od roku moje relacje z teściową bardzo się pogorszyły. Wcześniej darzyłyśmy się sympatią, a teraz nie mogę znieść jej obecności. Wszystko przez to, że wtrąca się w wychowanie mojego dziecka! Odkąd Staś pojawił się na świecie, moja teściowa oszalała na jego punkcie. Pewnie dlatego, że to jej pierwszy wnuk. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że non-stop mówi mi, jak mam się nim opiekować. Mieszka jakieś 20 minut od naszego domu, więc co drugi dzień wprasza się, by odwiedzić małego. Czasami wydzwania kilka razy dziennie i wypytuje ile Staś miał drzemek, co jadł itp. To jest strasznie męczące. "Według niej wszystko robię źle" Patrycja jest zmęczona ciągłymi wizytami teściowej, która cały czas mówi jej, jak powinna zajmować się synkiem. Co więcej, twierdzi, że sama wychowała trójkę dzieci, więc ma na ten temat dużą wiedzę i Patrycja powinna się od niej uczyć. Nie wiem już, jak mam z nią rozmawiać. Teściowa uważa, że wszystko robię źle, ponieważ jest to moje pierwsze dziecko i nie mam doświadczenia. Ostatnio powiedziała mi, że wychowała trójkę dzieci, więc powinnam jej słuchać, bo dzięki temu Staś wyrośnie na silnego mężczyznę, tak jak jej synowie. Szkoda tylko, że to było jakieś 20-30 lat temu! Zresztą jestem matką i najlepiej wiem, jak mam wychowywać swoje dziecko. Wiele razy poruszałam ten temat z mężem i prosiłam go, żeby porozmawiał ze swoją mamą. Żeby jakoś delikatnie wytłumaczył, że jej zachowanie sprawia mi ogromną przykrość i bardzo mnie męczy. On jednak uważa, że teściowa nie robi nam na złość i nie możemy mieć do niej pretensji o to, że chce nam pomóc. Ja już mam tego serdecznie dość! Jak mam się czuć, kiedy teściowa wmawia mi, że nie potrafię zająć się własnym dzieckiem? Wiem, że muszę w końcu powiedzieć stop, bo inaczej zwariuję. Boje się tylko, że mama mojego męża się obrazi, a mimo wszystko nie chcę żeby Staś stracił kontakt z babcią. Czy teściowa przesadza? Co w takiej sytuacja powinna zrobić Patrycja? Święty Paweł w zwięzłych słowach tłumaczy, że dobre wychowanie polega na utrzymywaniu karności i napominaniu: „Wychowujcie je w karności, napominając, jak [chce] Pan” (Ef 6, 4). Matthew Cua / CC Dobrzy rodzice powinni nie tylko wpoić dzieciom podstawowe prawdy, lecz także nauczyć je porannej modlitwy, aby dziękowały Bogu za to, że przeżyły kolejną noc, ofiarowywały Mu działania i udręki całego dnia oraz prosiły Jezusa i Najświętszą Maryję o ochronę przed wszelkimi grzechami. Jako karność należy rozumieć troskę o dobre obyczaje dzieci. Trzeba nauczyć je, jak dobrze żyć – zarówno słowem, jak i przykładem. Słowa są sprawą wielkiej wagi. Dobry ojciec powinien często rozmawiać z dziećmi i wpajać im świętą bojaźń Bożą. Tak czynił św. Tobiasz, który uczył swojego syna Tobiasza bogobojności i wystrzegania się grzechu (por. Tb 1, 10, Wlg). W Księdze Przysłów czytamy, że dobrze wyuczony syn jest dla ojca radością i pociechą: „Karć syna, a zapewni ci spokój i sprawi radość twej duszy” (Prz 29, 17). Dobrze wyuczony syn jest więc dla ojca pociechą, niedouczony zaś – źródłem zgryzot, bo kto się nie nauczył, jak dobrze żyć, ten będzie wiódł złe życie. Cantipatrano opowiada, jak w roku 1248 pewien niedouczony ksiądz został poproszony o zabranie głosu na synodzie. Kiedy w wielkim wzburzeniu przygotowywał się do występu, zły duch ukazał się i polecił mu wygłosić następującą przemowę: „Rektorzy mroków piekielnych kłaniają się rektorom parafii i dziękują im za niedbałość w nauczaniu ludu, z niedouczenia bowiem często rodzi się złe życie i wieczne potępienie”. To samo dotyczy niedbałych ojców. Rodzice powinni uczyć swoich potomków przede wszystkim podstaw wiary, a szczególnie czterech głównych tajemnic, to znaczy: 1. że jest jeden Bóg, Stworzyciel I Pan wszystkich rzeczy; 2. Bóg po wieczność nagradza prawych rajem, a występnych wtrąca do piekieł; 3. tajemnicy Trójcy Przenajświętszej, czyli że Bóg jest w trzech Osobach, lecz zarazem jeden, ponieważ wszystkie Trzy Osoby mają tę samą naturę; 4. tajemnicy wcielenia Słowa Bożego, Syna Boga Ojca, który narodził się z Maryi Dziewicy, został umęczony i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Czy gdyby jakiś ojciec albo matka powiedzieli: „Te sprawy nie są mi wiadome”, moglibyśmy ich usprawiedliwić? Nie moglibyśmy, ponieważ grzechu nie można usprawiedliwiać innym grzechem. Macie obowiązek wiedzieć o pewnych rzeczach i przekazywać tę wiedzę swoim potomkom – albo przynajmniej posyłać ich na zajęcia z katechizmu. Przykro jest widzieć, że tak wielu rodziców, którzy nie potrafią nauczyć dzieci choćby podstaw wiary, nie posyła ich w dni świąteczne na katechizm, ale zleca sprawunki czy jakieś inne, mało istotne zadania. Wszedłszy w dorosły wiek, takie osoby nie wiedzą, co oznacza grzech śmiertelny, piekło ani wieczność! Nie znają też takich modlitw jak Wierzę w Boga Ojca, Ojcze nasz czy Zdrowaś, Maryjo, których nieznajomość jest dla chrześcijanina ciężkim grzechem. Dobrzy rodzice powinni nie tylko wpoić dzieciom te podstawowe prawdy, lecz także nauczyć je porannej modlitwy, aby wstawszy z łóżka, dziękowały Bogu za to, że przeżyły kolejną noc, ofiarowywały Mu działania i udręki całego dnia oraz prosiły Jezusa i Najświętszą Maryję o ochronę przed wszelkimi grzechami. Każdego wieczora dobrze jest zrobić rachunek sumienia i odmówić akt żalu, z kolei za dnia należy pamiętać o chrześcijańskich aktach wiary, nadziei i miłości, odmówić różaniec i nawiedzić Najświętszy Sakrament. Niektórzy dobrzy ojcowie codziennie przez pół godziny odprawiają w domu z dziećmi modlitwę myślną i czytają z nimi księgi medytacji. Duch Święty napomina: „Masz dzieci? Wychowuj je, zginaj im karki od młodości!” (Syr 7, 23). Postarajcie się, aby wasze dzieci od najmłodszych lat wyrobiły w sobie dobre nawyki, a zobaczycie, że jako dorośli ludzie będą je z łatwością praktykować. Nauczcie je co osiem dni spowiadać się i przystępować do Komunii Świętej... * Powyższy tekst jest fragmentem książki "Reguły życia chrześcijanina. Wraz z dwoma kazaniami". Autor: św. Alfons Maria de Liguori. Wydawnictwo: Esprit. Niedziele, święta, urodziny, imieniny – to te momenty w ciągu roku, kiedy zbieramy się rodzinnie celebrując mniejsze i większe okazje. Zawsze przy tych okazjach dochodzi do starć międzypokoleniowych, o poglądy i zdania, o metody wychowawcze – bądź co bądź temat ponadczasowy. My, stosunkowo młode pokolenie rodziców, tych świeżo upieczonych ale nie przekraczających czterdziestki, żyjemy już o wiele inaczej niż nasi rodzice czy dziadkowie. Niegdyś rodziny zakładało się bardzo młodo, teraz jesteśmy głodnymi życia karierowiczami, którzy przed ustatkowaniem się, pragną rozwinąć skrzydła, poznać świat i się wyszaleć. Nie ma w tym absolutnie nic dziwnego, bo my jako pierwsze pokolenia możemy sobie na to pozwolić. Podróże są właściwie w zasięgu ręki, a chcieć to móc, więc nic tylko wyciągać ręce i brać pełnymi garściami. I starszyzna rodzinna to często popiera, mówiąc: Młodzi są, niech korzystają. Bajka wręcz. Kiedy już w gnieździe pojawił się dzieć lub ich dwójka, nagle zaczyna się okazywać, że sprawy przybierają inny odwrót. Pisałam już kiedyś o tym, że tam gdzie pojawiają się dzieci, tam pojawia się milion ekspertów od wychowania. Rozmowy ze starszymi pokoleniami zaczynają się i ucinają na farmazonach: ja to na wychowaniu dzieci zęby zjadłem albo ja wiem lepiej, wychowałam dwójkę / trójkę dzieci. Próba sił Przedstawianie swojego zdania na wychowanie dziecka, nie zgadzanie się ze starszyzną często skutkuje oskarżeniami o brak szacunku do starszych. Więc ja się pytam: od kiedy posiadanie i wyrażanie odmiennego zdania stanowi brak szacunku? Odkąd pamiętam, mianem szacunku określane było kulturalne odnoszenie i zachowywanie się w stosunku do kogoś. Odmienność zdania nie ma z tym nic wspólnego. Niestety w percepcji starszych pokoleń szacunek często wiąże się z okazywaniem bezgranicznego posłuszeństwa. A więc skoro babcia, dziadek czy ciocia tak właśnie uważają, to tak powinno być. Ostatnio na ścieżce zawodowej spotkałam świeżo upieczonego tatę. Opowiedział mi dosłownie w kilku słowach o tym, że za kilka dni będą chrzcić swoją córeczkę. Ale nie chrzczą jej, bo czują taką potrzebę, nie, absolutnie. Robią to zmuszeni przez babcię, która uważa, że nie ochrzczenie jej wnuczki jest dla niej absolutną obrazą i brakiem szacunku. Babcia katoliczka, niestety narzuciła swoje zdanie rodzinie, a oni wystraszeni sytuacją i gniewem babci, zdecydowali się urządzić chrzciny. Dalej oczywiście z małego przyjęcia, zrobiła się gigantyczna impreza, z wiadomych powodów (przecież wszystkich trzeba zaprosić, bo co ludzie powiedzą). Czy to rzeczywiście brak szacunku ze strony młodych, czy może próba sił i podporządkowanie sobie młodego pokolenia? Oczywiście nigdy nie zarzucałam personalnie nikomu ze starszego pokolenia błędów wychowawczych, nie mnie to oceniać, zwłaszcza, gdy o tym jak wychowywali dzieci pojęcia nie mam, bo świadkiem naocznym nie byłam. Nie znaczy to jednak, że popieram metody, które osobiście głoszą oraz jakie próbują narzucać. Wychowywanie (bardziej) świadome Nasi rodzice czy dziadkowie zakładali rodziny mając często mniej niż 20 lat, a więc można powiedzieć, że sami byli wówczas jeszcze dziećmi. Nie zmienia to faktu, że są przekonani że byli wtedy już bardzo dorośli, nawet bardziej niż obecni trzydziestolatkowie, że oni wiedzą wszystko lepiej i więcej. Dziś moment założenia rodziny oscyluje w okół trzydziestki. Zostając rodzicami jesteśmy po pierwsze o wiele bardziej dojrzali oraz zrównoważeni emocjonalnie (nie kierują nami buzujące hormony wieku nastoletniego), mamy już określone poglądy i plany życiowe, od dawna obrane kierunki, często stabilizację finansową. To wszystko wpływa na to, że wychowując dzieci, o wiele łatwiej jest nam uczyć je świata i życia oraz zapewnić bezpieczeństwo. Naszym atutem jest niewątpliwie większy dostęp do wiedzy związanej z wychowywaniem dzieci, oraz chęć wejścia w jej posiadanie. Chłoniemy ją zewsząd. My zwyczajnie jej potrzebujemy. Coraz rzadziej opieramy się na społecznych dowodach słuszności – zamiast obserwować otocznie, wolimy sięgnąć po opinię specjalisty. Nie interesuje nas podejście będzie jak będzie. To właśnie świadczy o znacznie dojrzalszym podejściu tego pokolenia. W dzisiejszej rzeczywistości bardzo dużą wagę przykłada się do rozmawiania z dzieckiem. Często, dużo i o wszystkim. To podstawa wychowywania, bo dzięki więzi, która budujemy w relacji z dzieckiem, zdecydowanie łatwiej przekazywać swoje oczekiwania czy stawiać granice, które stanowią podstawy odpowiedzialnego wychowywania. Komunikowanie tylko haseł nie wolno, nie można, zostaw, nie ruszaj, nie! – nie stanowią wychowywania, a tresowanie. Dziecko wymaga tłumaczenia i uczenia świata, a nie tylko nakazów i zakazów, bo to szybka droga do stracenia kontaktu. Wychowanie twardą ręką Niegdyś wychowanie ograniczało się do utrzymywania większej lub mniejsze dyscypliny. W czasach naszych dziadków i rodziców służył do tego skórzany pas lub twarda ręka. Niestety. Przemoc w wychowywaniu dziecka była na porządku dziennym, co teraz już jest nie do pomyślenia. A co ze stosowaniem klapsów i prawa dziecka do nietykalności cielesnej? Jeden powie, że to jeszcze nie przemoc, a niewinna forma upomnienia, inny że jest to niedopuszczalne. Moje stanowisko w tej sprawie jest bardzo sztywne – jestem absolutnym przeciwnikiem dyscyplinowania dziecka poprzez używanie siły. Chcesz bić? Zmierz się z kimś równym sobie. Co więcej uważam, że jeśli podniesiesz rękę na dziecko, to już przegrałeś bycie rodzicem, nie cofniesz tego. To już na zawsze zostanie w Waszej pamięci. I Twojej, i dziecka. Nie ma co się łudzić że dziecko zapomni, bo takich rzeczy się nie zapomina. Rodzicielstwo to sztuka cierpliwości, którą trenujesz latami. Wychowywanie dziecka to trudna sztuka. Ważne, aby być świadomym, że wszelkie podejmowane przez rodziców decyzje w mniejszym lub większym stopniu wpłyną na kształtowanie się charakterów oraz wspomnień z dzieciństwa. Dlatego wychowywać należy świadomie, mądrze oraz zgodnie ze sobą i dzieckiem, a nie zgodnie z oczekiwaniami innych. Nie zliczę sytuacji, w których osoby postronne próbowały udowodnić mi, że to one miały rację dotyczącą tego, jak wychowywać moje dziecko ;-) Ależ oczywiście, że wierzę w ich dobre intencje. Oni zapomnieli jednak, że to nie o intencje tutaj chodzi, i nie o rację. Trzeba pamiętać o jednej bardzo ważnej sprawie, o której niestety niektórzy zapominają. Po pierwsze to rodzic ma decydujący głos we wszystkich kwestiach dotyczących wychowywania dziecka. Co więcej, jakakolwiek sporność i wyrażanie swojej dezaprobaty czy też wygłaszanie opinii nie powinno odbywać się w jego obecności. To cholernie ważne, aby tego małego człowieka nie dezorientować. Skoro już przyjęliśmy, że to rodzic decyduje o wszystkim [rady zawsze wskazane, ale z taktem], to trzeba również zaznaczyć pewną istotną rzecz: jako osoby postronne [a do nich zaliczamy np. babcie, dziadków, ciocie, wujków czy panie przedszkolanki, a nawet panie spotykane na przystanku o zgrozo!, bo nawet te ostatnio próbowały wychowywać mnie i dziecko…] musimy wykazać się umysłem analitycznym i zanim coś dziecku zaproponujemy, to najpierw wypada skonsultować to z jego mamą albo tatą! Nie ma to tamto, jakby to powiedział mój dziadek. Ja przestałam się już cackać z tego typu zagrywkami. Im szybciej i dosadniej [a zarazem kulturalnie] damy drugiej stronie do zrozumienia, że coś jest nie na miejscu, tym lepiej dla nas i zdrowej atmosfery w przyszłości. Nie lubię niejasnych sytuacji. Staram się być życzliwą osobą, ale moja cierpliwość ma swoje granice. Ponadto zostałam wychowania całkiem rozsądnie przez moich rodziców i wiem, że niewpieprzanie się w życie innych ze swoją „najmojszą racją” procentuje na przyszłość a także ustrzega nas przed nieprzyjemnościami. Oto 4 sytuacje, w którym opierdziel jest gwarantowany i uzasadniony, kiedy ktoś próbuje igrać sobie z wychowaniem mojego dziecka. W sumie ciekawa jestem również na jakie zagrywki Wy nie przyzwalacie i z jakimi musicie się zderzać. „Sorry Winnetou”, taki mamy klimat, że ja cudzym pieskom kabanosików pod nos nie podkładam i tego samego oczekuję od innych ;-) 1. Sytuacja numer jeden i jest wzięta z życia: cukiereczki & ciasteczka Za żadną cholerę nie pozwalam, aby ktokolwiek próbował wciskać słodycze mojemu dziecku. Mój starszak to egzemplarz, który z jedzeniem regularnych posiłków miewa problemy, brakiem ochoty czy tam apetytu zwane, i każdy cukiereczek, batonik czy inne dobrotki burzą mój plan posiłków. Za każdego cukierka dawanego po kryjomu czy bez pytania daję po łapach. Co więcej, odgryzam się i następnie jeśli osobnik ze mną nie współpracujący ma rybki w ramach rewanżu im też serwuję cukierki, mentosy czy inne krówki. Na zdrowie! ;-) Oczywiście, żartuję brzydko i nigdy bym się takiego czegoś nie dopuściła, bo słodycze to trucizna dla zwierząt… Ponadto obwieszczam wszem i wobec, że za takie rozregulowywanie posiłków moich dzieci grozi nie tylko szubienica, ale również opróżnianie nocnika przez 3 bite miesiące i zeskrobywanie gołębich odchodów z mojego tarasu. Nie ma cukierków, koniec kropka! Słodycze istnieją w menu moich dzieci, sporadycznie co prawda, ale to dlatego, że ja tak zdecydowałam i tak jest lepiej dla ich małych brzuszków. 2. Sytuacja numer dwa i również jest z życia wzięta: czapeczka & rękawiczki Kiedy kilka dni temu usłyszałam od pewnej osoby, której personaliów nie zdradzę, aby nie być piętnowaną ;-), że po kąpieli mojemu rocznemu dziecku należy ubrać czapeczkę, to ja myślałam, że wywinę orła i dwa salta rąbnę na poczekaniu! Proponuję tej osobie również po kąpieli zakładać sobie czapeczkę. I w sumie rękawiczki również. Bo w ręce po kąpieli też można zmarznąć. Ba! I ciepłe reformy na dupę również, wszak węzły chłonne mamy też w okolicach pachwin. Jak robić z siebie bałwanka, to po całości, psia mać ;-) 3. Sytuacja numer trzy i z życia wzięta jak malowana! Bajeczki … Ja nie mam nic przeciwko bajkom dla dzieci, ale uważam, że trzeba je dozować z rozsądkiem i w ogóle. Tym bardziej, że nasz logopeda zalecił maksymalne bajek ograniczanie, co jest logiczne. Ja nawet zdążyłam całą rodzinę o naszym ulogopedycznianiu poinformować i o tym bajek nieoglądaniu również, ale jak widać nie zawsze dotrze. Otóż jak raz jeszcze usłyszę, że on może by bajeczkę oglądnął, bo takie kolorowe te bajeczki w tej telewizji i śpiewające, to ja polecam zamiast bajeczki w TV przeczytać mojemu Synowi z tuzin bajek. Jak szaleć, to szaleć! Bajeczki mój Syn ogląda na moją wyraźną zgodę, a jak otoczeniu wygodniej puścić bajeczkę, to ja może pokażę półkę z setkami książeczek dla dzieci, która aż czeka na rodzinne odkurzanie! 4. Za żadną cholerę nie zniosę podważania mojego zdania, nawet mimochodem i przez przypadek. Czyli babcie wiedzą lepiej, że jabłuszko jest zdrowsze od bananka ;-) Sytuacja sprzed prawie trzech lat. Mój starszak jadł sobie przy stole banana, którego mu obrałam. Wtem nagle życzliwa osoba podtyka mu pod nos miskę jabłek i malin. Co zrobił mój Syn? Olał wszystkie trzy owoce, bo doszedł do wniosku, że z tego dobrobytu i mieszania mu w głowie to i on podziękuje. Skoro ja przygotowałam mu banana, czy nie logicznym byłoby dać mu tego banana zjeść w spokoju? Kolejnym krokiem, który podejmuję w takich sytuacjach, jest wrzucenie wszystkich wymienionych wyżej owoców do rosołu i dobitne upieranie się przy tym, że rosół w takiej wersji jest zdrowy i wszystkim wyjdzie na dobre ;-) I do zapamiętania utarty już frazes, ale jakże wymowny, który powinien zatrybić w głowach zainteresowanych ;-) Wolnoć Tomku w swoim domku.. – Aleksander Fredro Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu ❤ Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :)

rodzina wtrąca się w wychowanie dziecka